Ryszard Riedel skończyłby dziś 70 lat.
Zmarł 32 lata temu, tuż przed 38. urodzinami, ale wśród fanów wciąż żyje jako legenda charyzmatycznego muzyka, który zupełnie nie pasował do szarej rzeczywistości PRL-u i tyskich blokowisk.Od młodości wyróżniał się wyglądem i sposobem bycia: długie włosy, koraliki, kurtki z frędzlami, kapelusz.
Żył we własnym świecie, ignorował otoczenie i szedł własną drogą. Sam nauczył się grać, wypracował unikalny styl i miał wyjątkowy głos oraz sceniczną charyzmę. Muzyka była dla niego jedyną formą komunikacji ze światem. Marzył o wolności, co widać w utworach takich jak „Victoria” czy „Whisky”.
Stał się głosem pokolenia duszącego się w PRL-u.Nie mieścił się w tamtej epoce – sąsiedzi nazywali go „Rygiem” albo „hippisem”. Walczył z uzależnieniem, wracał z odwyków pełen energii, ale szybko gasł. Nawet wtedy muzyka w nim nie milknęła.
Lokalny pub „Pod Jesionami” był enklawą, w której rodziły się piosenki Dżemu. Riedel pozostał wolnym ptakiem i geniuszem urodzonym za wcześnie.
Czytaj więcej na Dziennik Zachodni.
Autorka: Jolanta Pierończyk, Dziennik Zachodni /sr/
