Ale byli i krewni Opy, cała rodzina Hajoków to niezłe andruty. Taki na przykład unkel Reinhold, który w ramach akcji łączenia rodzin pojechał do RFN, ale wysiadł na złym przystanku i musiał zamieszkać w NRD. Został nawet ponoć najważniejszym zimnowojennym szpiegiem i zakończył zimną wojnę, choć on tak naprawdę chodził tylko na drugą stronę muru, bo lubił głaskać króliki i miał słabość do cygaretów Pancerfaustów.
Rakieta odleciała, Hajokowie na Marsie zakładają rasę Homo Silesius, świat się kończy, a Opa zostaje ostatnim Ziemianinem. I opowiada – całe swoje życie, a nawet wiele żyć, co jedno to ciekawsze: o tym jak zbudował fabrykę gumek recepturek w Radzionkowie, jak upił farorza Moczygembę nalewką z agrestu i jak jego żona, Oma, opowiadała konającym dowcip o łysej Cygance w rakiecie kosmicznej. Mądrego dobrze posłuchać.
Tak, Opa, postać grana w spektaklu „Nikaj” przez Wiesława Sławika z Teatru Śląskiego, zaczęła żyć własnym życiem. Ale chodzi mu o coś więcej. Opa chce zebrać pieniądze na studnię w Sudanie Południowym, pomóc potrzebującym. Taka studnia kosztuje tyle co skromne śląskie wesele. 50 tauzenów. Na nowe. Opa wierzy, że się uda. A że studnia będzie nosiła jego imię – no cóż, to już trzeba mu wybaczyć. Zawsze był trochę gieroj, a trochę pieron.
