Ale szczególnie dobrze Opa wspominał rok 1945. Ile musiał się wtedy tej zupy nagotować, żeby parująca czekała na każdego osadnika? Mówił potem o tych dniach tak: „Bardzo kulturalni państwo nas podbijali. Jaśniepaństwo, wielmoże, maniery mieli francuskie, złego słowa na nich nie powiem. Najpierw zabrali mnie do obozu, a ja zrozumiałem, że po tej całej niepotrzebnej wojnie w ten sposób wyciągają rękę na zgodę. Obóz do dziś chwalę sobie bardzo, polskiemu obozowi zawdzięczam wiele: nauczył mnie wstawać wcześnie, nie przejadać się, zażywać dużo ruchu na świeżym powietrzu. Wszyscy, którzy go przeżyli, żyją do dziś”.
Rakieta odleciała, Hajokowie na Marsie zakładają rasę Homo Silesius, świat się kończy, a Opa zostaje ostatnim Ziemianinem. I opowiada – całe swoje życie, a nawet wiele żyć, co jedno to ciekawsze: o tym jak zbudował fabrykę gumek recepturek w Radzionkowie, jak upił farorza Moczygembę nalewką z agrestu i jak jego żona, Oma, opowiadała konającym dowcip o łysej Cygance w rakiecie kosmicznej. Mądrego dobrze posłuchać.
Tak, Opa, postać grana w spektaklu „Nikaj” przez Wiesława Sławika z Teatru Śląskiego, zaczęła żyć własnym życiem. Ale chodzi mu o coś więcej. Opa chce zebrać pieniądze na studnię w Sudanie Południowym, pomóc potrzebującym. Taka studnia kosztuje tyle co skromne śląskie wesele. 50 tauzenów. Na nowe. Opa wierzy, że się uda. A że studnia będzie nosiła jego imię – no cóż, to już trzeba mu wybaczyć. Zawsze był trochę gieroj, a trochę pieron.
