Zabrze, Częstochowa, Zawiercie – kolejne miasta mierzą się z inicjatywami referendalnymi.
Dlaczego mieszkańcy sięgają po to narzędzie coraz częściej i czy faktycznie prowadzi ono do realnych zmian, pyta Dziennik Zachodni?
O inicjatywach referendalnych z dr Małgorzatą Soją z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Jana Długosza w Częstochowie rozmawia Piotr Ciastek.
Czy zauważyła Pani, że liczba referendów odwoławczych włodarzy samorządów wzrosła w ostatnich latach? Ostatnio referendum odbyło się w Zabrzu i skończyło odwołaniem prezydent. Trwa zbieranie podpisów pod referendum w Częstochowie, a z kolei w Piotrkowie inicjatywa referendalna została zduszona w zarodku.
To prawda, że tych inicjatyw referendalnych jest więcej. Mamy też przykład Zawiercia. To nie bierze się znikąd, lecz wynika z pewnego niezadowolenia społecznego. Mimo że wyborcy głosowali niedawno w wyborach, to referenda odwoławcze są organizowane. Ci włodarze nie zostali odwołani w normalnym trybie, czyli podczas wyborów, natomiast dzisiaj podejmowane są próby ich odwołania, zdyskredytowania i wyrażenia niezadowolenia. Pojawia się pytanie, dlaczego nie stało się to w normalnym trybie, czyli podczas elekcji...
Czy wymogi dotyczące liczby podpisów i terminu ich zbierania są obecnie adekwatne, czy stanowią barierę dla demokracji lokalnej?
Mamy takie prawo, jakie mamy, i trzeba działać w wyznaczonych ramach. Nie chodzi może o zmianę przepisów, ale o zainteresowanie społeczności lokalnej tematem referendum. Oczywiście możemy zmniejszyć liczbę wymaganych podpisów, ale to temat marginalny. Interesujące jest to, że skoro pojawia się inicjatywa, to znaczy, że są obywatele zainteresowani zmianą. Potem jednak okazuje się, że nie ma gotowości społeczności lokalnej – i to jest problem. Myślę, że nie chodzi o przepisy. One są uczciwe i wystarczające, stanowią probierz tego, co możemy uzyskać. Natomiast wszystko okazuje się podczas głosowania.
A czy obywateli stać na referendum?
Nie jest ono tanim narzędziem. Koszty zawsze istnieją, choć często nikt o nich nie myśli. A jednak mają znaczenie. Kiedy referendum się powiedzie i przyniesie wyniki zgodne z oczekiwaniami społeczności, koszty stają się częścią całego procesu. Wówczas traktuje się je jako inwestycję – bo zmienia się władza, kierunek działań czy interesy lokalnej wspólnoty. Ale inicjatorzy referendum muszą pamiętać, że każde takie działanie wpływa na budżet. To nie tylko decyzja polityczna, ale i finansowa.
Więcej na stronie: https://dziennikzachodni.pl/dlaczego-wszyscy-chca-odwolywac-prezydentow-w-referendach...
