Rozjeżdżała się jego rodzina po wojnie: najpierw do Argentyny, potem do Niemiec, a ci, którzy zwlekali najdłużej to do Związku Sowieckiego. Opa spotkał się nawet lata później z tante Dorą, która wiosną 1945 roku wykupiła wycieczkę do Buenos Aires. „Gut luft” – tak mówiła na to miasto. I dodawała jeszcze: „Kobiet nie pyta się o wiek, mężczyzn o zarobki, a tante Dory o to, co robiła w latach 1933-1945”. Może to i prawda.
Rakieta odleciała, Hajokowie na Marsie zakładają rasę Homo Silesius, świat się kończy, a Opa zostaje ostatnim Ziemianinem. I opowiada – całe swoje życie, a nawet wiele żyć, co jedno to ciekawsze: o tym jak zbudował fabrykę gumek recepturek w Radzionkowie, jak upił farorza Moczygembę nalewką z agrestu i jak jego żona, Oma, opowiadała konającym dowcip o łysej Cygance w rakiecie kosmicznej. Mądrego dobrze posłuchać.
Tak, Opa, postać grana w spektaklu „Nikaj” przez Wiesława Sławika z Teatru Śląskiego, zaczęła żyć własnym życiem. Ale chodzi mu o coś więcej. Opa chce zebrać pieniądze na studnię w Sudanie Południowym, pomóc potrzebującym. Taka studnia kosztuje tyle co skromne śląskie wesele. 50 tauzenów. Na nowe. Opa wierzy, że się uda. A że studnia będzie nosiła jego imię – no cóż, to już trzeba mu wybaczyć. Zawsze był trochę gieroj, a trochę pieron.
