A najbardziej Opa kochał Omę. Przeżyli razem tak wiele lat, że takie gody się już nawet nie nazywają. Choć Krystianek twierdził, że na 90-tą rocznicę mówi się wolframowa. Mówił o niej: „Tak, Oma była chodzącym ideałem. I prawdę powiedziawszy, dalej jest. Tylko nie potrafię jej dziś coś znaleźć, gdzie ona jest? Może znów zebrało jej się na żarty – lepiej sprawdzę w pawlaczu”.
Rakieta odleciała, Hajokowie na Marsie zakładają rasę Homo Silesius, świat się kończy, a Opa zostaje ostatnim Ziemianinem. I opowiada – całe swoje życie, a nawet wiele żyć, co jedno to ciekawsze: o tym jak zbudował fabrykę gumek recepturek w Radzionkowie, jak upił farorza Moczygembę nalewką z agrestu i jak jego żona, Oma, opowiadała konającym dowcip o łysej Cygance w rakiecie kosmicznej. Mądrego dobrze posłuchać.
Tak, Opa, postać grana w spektaklu „Nikaj” przez Wiesława Sławika z Teatru Śląskiego, zaczęła żyć własnym życiem. Ale chodzi mu o coś więcej. Opa chce zebrać pieniądze na studnię w Sudanie Południowym, pomóc potrzebującym. Taka studnia kosztuje tyle co skromne śląskie wesele. 50 tauzenów. Na nowe. Opa wierzy, że się uda. A że studnia będzie nosiła jego imię – no cóż, to już trzeba mu wybaczyć. Zawsze był trochę gieroj, a trochę pieron.
