Rakieta odleciała, Hajokowie na Marsie zakładają rasę Homo Silesius, świat się kończy, a Opa zostaje ostatnim Ziemianinem. I opowiada – całe swoje życie, a nawet wiele żyć, co jedno to ciekawsze: o tym jak zbudował fabrykę gumek recepturek w Radzionkowie, jak upił farorza Moczygembę nalewką z agrestu i jak jego żona, Oma, opowiadała konającym dowcip o łysej Cygance w rakiecie kosmicznej. Mądrego dobrze posłuchać.
Tak, Opa, postać grana w spektaklu „Nikaj” przez Wiesława Sławika z Teatru Śląskiego, zaczęła żyć własnym życiem. Ale chodzi mu o coś więcej. Opa chce zebrać pieniądze na studnię w Sudanie Południowym, pomóc potrzebującym. Taka studnia kosztuje tyle co skromne śląskie wesele. 50 tauzenów. Na nowe. Opa wierzy, że się uda. A że studnia będzie nosiła jego imię – no cóż, to już trzeba mu wybaczyć. Zawsze był trochę gieroj, a trochę pieron.
Pewnego razu Opa zechciał napić się kawy w kawiarni. Ale nie udało mu się to. Usłyszał zbyt wiele pytań, na które nie znał odpowiedzi. Wtedy zrozumiał, co stało się ze światem. „Czy ja wam jestem już na nic? Postradaliście mi zmysły, nie mam słów nawet na to, żeby napić się bonkawy. Dla mnie nowością są nawet napoje gazowane i to, że Katowice i Kraków leżą w jednym państwie, a wy chcecie, żebym nadążał za modami? Kiedyś normalne państwa miały u góry morze, na dole góry, a teraz wszystko stoi na głowie. Jest mi czasem smutno tak jak temu sąsiadowi z piętra wyżej, który całą zimę próbował się powiesić, ale ciągle urywała mu się linka i w końcu się zestarzał”. Tak mówił Opa.
