O nowej koncepcji architektury, studiach i przyjaźni z gen. Jerzym Ziętkiem

fot. Ryszard Stotko

"W mojej filozofii architektury zwracam uwagę na człowieka, który odbiera świat wszystkimi zmysłami. Architektura musi być przejrzysta, dobrze oświetlona, dobrze skomunikowana, wygodna do życia" – o swojej koncepcji architektury, studiach i przyjaźni z gen. Jerzym Ziętkiem mówi ikona śląskiej architektury Henryk Buszko.

W tym roku kończy Pan 90 lat a tysiące ludzi mieszka na zaprojektowanych przez Pana i Aleksandra Frantę osiedlach – Tysiącleciu i Gwiazdach. Wspólne były studia w Krakowie i decyzja o wyjeździe do Katowic. W Waszej pracowni powstał również projekt dzielnicy z piramidalnymi sanatoriami w Ustroniu, a także Teatr Ziemi Rybnickiej. Skąd się bierze Pana myślenie o architekturze?

Henryk Buszko: Jestem pierwszym architektem, który w swojej filozofii architektury zwrócił uwagę na to, że człowiek odbiera świat zewnętrzny wszystkimi zmysłami. Oczywiście "najszybszym" zmysłem jest wzrok, ale przecież na naszą percepcję wpływ mają także pozostałe, które łącznie wysyłają sygnały do mózgu. To umożliwia syntezę rozumienia całości. Przykładowo, jeżeli wchodzę do jakiegoś budynku, który mi się podoba, a nagle poczuję stęchliznę i zaduch, do tego pomieszczenie jest niedoświetlone i nie ma czytelnego układu komunikacyjnego to źle się w nim czuję. Każdy źle się czuje. Wszystkie wymienione wcześniej elementy składają się na moją indywidualną ocenę estetyczną.

Odwiedzamy dziś Pana pracownię projektową i pytamy o to, jak zaczęła się przygoda z architekturą?

Posiadam dyplom uczelni, która została otwarta po wojnie. Kraj był zniszczony, jedynie Kraków został nietknięty. To właśnie w Krakowie zgromadziło się najwięcej profesorów z polskich uczelni, których już nie było. Wśród nich był znakomity Adolf Szyszko-Bohusz, który był architektem odbudowującym Wawel. To on spowodował wśród swoich przyjaciół, że bez powoływania nowej uczelni, powstał wydział architektury na Akademii Górniczo-Hutniczej. Jak oceniono później, wówczas była to najlepsza szkoła architektoniczna w Europie. I wspaniali profesorowie.

Najlepsza szkoła architektury, a później przyjazd na Śląsk, do Miastoprojektu Katowice.

Był rok 1949, kiedy z moimi kolegami Aleksandrem Franta i Jerzym Gotfriedem zaczęliśmy działać na terenie Śląska. Wygraliśmy parę konkursów, w tym na projekt Domu Związków Zawodowych (przyp. red. obecnie Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego). Ponieważ pojawiły się wątpliwości związane z naszym projektem, tak więc wysłano nas do Warszawy. W Ministerstwie Odbudowy był taki "człowieczek", który nazywał się Marcin Weinfeld. Swego czasu był on bardzo dobrym architektem, przed wojną postawił Prudential w Warszawie, ale niestety sprzedał się całkowicie Ruskim. W ministerstwie zajmował się oceną czy coś jest socjalizmem, czy nie. Kiedy Weinfeld zobaczył nasz projekt, powiedział od razu, że nie ma co pokazywać, bo to się do niczego nie nadaje. Spytaliśmy czy jak skorygujemy projekt i przyjdziemy z nim na drugi dzień, to czy da nam dobrą opinię. Weinfeld był zaskoczony, ale dał nam drugą szansę. W hotelu przez całą noc kleiliśmy i "lepiliśmy" naszą nową makietę. Na drugi dzień przynieśliśmy poprawioną wersję. Weinfeld miał wątpliwości, powiedział, że nie widział nigdzie takiej klatki schodowej. My mu na to odpowiedzieliśmy, że zatem będą to pierwsze takie schody. Weinfeld pozwolił nam zrealizować projekt.

Niektórzy zarzucali Waszemu duetowi,  że macie specjalne względy u ówczesnego wojewody śląskiego – Jerzego Ziętka. Jak to się stało, że wspólnie z Frantą założyliście pierwszą na wschód od Łaby autorską pracownię architektoniczną?

Po spotkaniu z Ziętkiem zorientowaliśmy się, że mamy do czynienia z człowiekiem o głębokiej i wielkie mądrości. On nigdy nie kłamał, co było bardzo rzadkie w tamtych czasach. Udało nam się go namówić do przebudowy Katowic, ale bez burzenia. W ten oto sposób powstała koncepcja budowy Osiedla Tysiąclecia. Jednak nie była to wcale taka prosta sprawa, ponieważ pojawiły się różne "za" i "przeciw". Już wtedy, wraz z Aleksandrem Frantą, mogliśmy trochę inaczej pojmować temat Śląska, już nie jako outsiderzy, którzy przyjechali nie wiadomo skąd i po co. Doszliśmy do wniosku, że zgodnie z uchwałą możemy powołać autorską pracownię państwową. Umówiliśmy się z Ziętkiem na spotkanie, podczas którego poparł nasz pomysł. Tak powstała nasza pracownia.

Jak znaleźliście wspólny język z Ziętkiem? Co takiego zrobiliście, że udało Wam się go do pewnych rzeczy przekonać?

Jak wspomniałem wcześniej, Ziętek był bardzo mądrym człowiekiem. Jego naczelna zasada brzmiała "nie rozwiązuję spraw, na których się nie znam, tylko dobieram takich ludzi, którzy się znają na tym, co ma być zrobione". Nigdy nie wtrącał się do tego, co mówimy. Po upływie czasu zorientował się, że nie kłamiemy.

W blokach zaprojektowanych przez duet Buszko-Franta mieszkają teraz tysiące ludzi. To wszystko dzięki nieograniczonemu zaufaniu, jakim darzył Was wojewoda Jerzy Ziętek. Z czego wzięło się zaufanie ze strony Ziętka?

To była przełomowa chwila. Padł socjalizm, a budowa Pałacu Kultury w Dąbrowie Górniczej (przyp. red. obecnie Pałac Kultury Zagłębia) w duchu realnego socjalizmu nie była zakończona. Wkrótce pojawiło się pytanie "Co zrobić z tym fantem?". Ziętek zwołał konferencję w Dąbrowie, na którą zaprosił czołówkę wszystkich towarzyszy partyjnych, dyrektorów itd. Również ja, jako prezes katowickiego oddziału Stowarzyszenia Architektów Polskich, otrzymałem zaproszenie. Na konferencji wszyscy "ważniejsi" mówili, żeby rozebrać niedokończony pałac. Ja wówczas milczałem i myślałem, że mnie szlag trafi. Wtedy zwrócił się do mnie Ziętek: "Jest wśród nas prezes SARP-u. Prezesie co macie do powiedzenia?". Odpowiedziałem mu, że "Jako człowiek, bardzo cenię sobie pracę ludzką i cenię również wartości materialne i uważam, że tego tak nie można potraktować". Po tej krótkiej wymianie zdań Ziętek zakończył konferencję i zaprosił mnie na spotkanie przy ul. Jagiellońskiej. Szczerze mówiąc, było mi wstyd, za tych wszystkich, którzy siedzieli wtedy na tamtych stołkach, a nie tak dawno wychwalali jeszcze socrealizm pod niebiosa.

Katowickie Osiedle Tysiąclecia. 49 bloków i 20 tysięcy mieszkańców, z których większość niedawno nazwała to miejsce "najprzyjemniejszym osiedlem do życia". Czy są rzeczy, które zaprojektowałby Pan inaczej?

Wyszliśmy z założenia, że Tysiąclecie musi być osiedlem, w którym ludziom będzie się, jeżeli nie dobrze, to przynajmniej znośnie żyło. Oczywiście braliśmy pod uwagę określone warunki, jakie stwarzała wówczas sytuacja polityczna i gospodarcza kraju.

Jak chcieliście tego dokonać?

Chodziło o to, żeby powierzchnia przeznaczona dla ludzi była możliwie jak największa, a wszystkie inne "pomocnicze" powierzchnie zajmowały jak najmniejszą część.

Ile wynosiła norma?

Normatyw wynosił początkowo ok. 6 m2 na osobę. Mieliśmy zatem duży problem. Gdyby nie Ziętek, byłoby jeszcze gorzej. Kiedyś, już w czasie budowy zadzwonił do nas generał z prośbą o spotkanie. Podczas spotkania powiedział: "Mam taką rzecz od ministra...”. Konkluzja tego pisma była taka, że powinniśmy mieć z Frantą zakaz projektowania. Ziętek spytał nas, co ma z tym zrobić. Odpowiedziałem mu "to jest Pańska decyzja a nie nasza". Ziętek wstał, podarł papier i wyrzucił go do kosza. Takich sytuacji mieliśmy całkiem sporo.

Zdarzyło się, że zakwestionowano warunki klimatyczne osiedla. Musieliśmy zatem uzyskać bardzo poważną ekspertyzę klimatologiczną. Z ekspertyzy wynikło, że Dolina Rawy jest zadymiona przez Hutę Batory i chorzowskie Azoty itd., tak więc mieszkanie w takich warunkach będzie bardzo niekorzystne z punktu widzenia zdrowia. Wymyśliliśmy, że jeżeli ustawimy budynki na osi północ-południe, to zawsze jedna ściana będzie oświetlona słońcem, a druga będzie stała w cieniu. Zatem będzie naturalna konwekcja. Przewietrzanie. Pamiętam, że na początku ludzie narzekali, że są takie "silne wiatry", a tu przecież chodziło o oczyszczanie powietrza. Na szczęście się udało i rzeczywiście mieszkańcy wybrali Osiedle Tysiąclecia jako to najprzyjemniejsze do życia.

Rozmowa jest dosłownie spisanym krótkim fragmentem obszernego wywiadu, który Henryk Buszko udzielił Annie Dudzińskiej i Dariuszowi Kortko.