Last Time

fot. Ryszard Stotko

REJON

Davida Pawelczyka poznałem w czasie wspólnej wystawy z maestro Leszkiem Żegalskim. I już tylko ta okoliczność jest dostatecznym uzasadnieniem decyzji, żeby pokazać jego obrazy w „Na żywo”. Młody (rocznik 1983) urodzony w Mikołowie artysta już w wieku kilku lat wyemigrował z rodzinami do Niemiec, gdzie pobierał stosowne nauki (słynna pracownia Sabine Wewer, dyplom w pracowni prof. Jochena Stenschke) i gdzie mieszka do dzisiaj (Berlin).

W międzyczasie przyjeżdżał wielokrotnie do Polski. Brał udział w wystawach zbiorowych, nawiązywał nowe żywe kontakty ze środowiskiem, ale bodaj najistotniejsza była i pozostaje przyjaźń właśnie z Żegalskim. Legendarny artysta zaprosił Davida m.in. do udziału w tworzeniu wielkiego malowidła ściennego we wnętrzach jego pałacu na Dolnym Śląsku, co było bez wątpienia niezwykłą przygodą i szkołą kunsztu w manierze starych mistrzów. Co ciekawe Pavelczyk nie popadł w żadne uzależnienia estetyczne! Ani silny charakter mentora ani sugestywność jego prac nie podporządkowały sobie tej młodej osobowości twórczej, czego widomym dowodem m.in. wystawa w naszej radiowej galerii.

Trzy wielkoformatowe prace eksponowane na frontowej ścianie mają wyraźnie graficzną stylistykę. Kolor, kontur, gra światłem dalekie są od smaków malarskich. Sylwetki ludzkie wtopione zostały w strukturę swoistej sieci. Widzimy je tylko przez nią i tak segmentowane rozpoczynają nowy, bardzo enigmatyczny byt. Pavelczyk w jednej z audycji radiowych jakie z nim nagrałem tłumaczył bardzo emocjonalnie mitologiczny kontekst owej gry planami. Wywodził jak można ,,czytać” tekst obrazu np. poprzez odniesienia do labiryntu, Orfeusza i Eurydyki czy asocjacje apollińskie. Bez względu na motywacje samego autora czy naszą biegłość w tropieniu jego intencji sam obraz robi tu mocne wrażenie samym sposobem potraktowaniu sylwetki ludzkiej. I szaro-srebrym światłem prawie monochromatycznej płaszczyzny.

Osobny wątek wystawy to drastyczne wizerunki zmasakrowanych zwierząt i ptaków. Turpistyczny wizerunek, ale dwa ujęcia. Pierwsze „dekonstruuje” oswojony w wyobraźni i bezpieczny (bo żywy) kształt naszych braci mniejszych. Ekspresyjne zniekształcenie, przemieszczone i słabo rozpoznawalne już elementy, rozpad formy. Czyli coś czego świadkami jesteśmy w zasadzie codziennie (na miejskim chodniku, autostradzie, parku czy przydomowym trawniku). To jest śmierć. Pavelczyk nie ubiera jej w żaden symbol. Nie owija w metaforę. Nie wycisza. Pędzel rejestruje z prawdomównym okrucieństwem „kształt bezkształtu”. Patrzący, jeżeli wcześniej nie odwróci oczu, po chwili przeżywa wstrząs. Przy zachowaniu wszelkich proporcji jesteśmy tutaj wcale niedaleko wizji i przekazu znanych światu m.in. dzięki obrazom Bacona.

I jeszcze jeden rozdział tej samej narracji, czyli emblematyczne wręcz i plakatowe wizerunki tych samych (być może) istot, tyle tylko, że na tle krwawej chmury-plamy. Czegoś co antycypuje nadchodzącą grozę.

David Pavelczyk nie brnie w ekologiczną publicystykę, w naskórkowy humanitarny przekaz, w dyskurs z tym co za drzwiami dawno już wyważonymi, np. przez media.

Tworzy bardzo własny, etycznie wrażliwy i malarsko niebanalny rejon. Warto się w nim, mimo że bolesny, na chwile zatrzymać.

Maciej Szczawiński