OPOWIEŚĆ RÓWNOLEGŁA
Anna Lupa-Suchy konsekwentnie uprawia malarstwo symbolu i poetyckiej ekspresji. W centrum uwagi znajduje się tu silnie zmetaforyzowany świat międzyludzkich napięć, przenikań i odniesień o jawnie egzystencjalnym przesłaniu. Oto przesuwa się przed naszymi oczami korowód postaci. Twarze, sylwetki, fragmentacje korpusu, powidoki konturu, obecności sprzed chwili. Artystka spiętrza plany i proporcje. Powstaje wrażenie jednoczesności rożnych wymiarów czasu i sytuacji. Postać ludzka opalizuje zatem kontekstami.
Rysy twarzy. Idealnie harmonijnie, wręcz szkicowe i idealizowane. Kiedy indziej wykrzywione grymasem niewiadomej emocji. Cielesność. Jawnie zmysłowa, gibka i smukła. Po chwili nagle dekonstruowana, rozbita na detale, „przetykana” obecnością Innego? Obcego? A może to ta sama obecność ujrzana w czasie i jego deformacjach?
Znamienne, że Anna Lupa Suchy podejmując ten jakże żyzny artystycznie i obrosły wielką tradycją temat, wprowadza oryginalną modulację. Oto niepokojące i nieodwołalnie asocjujące tragizm motywy zostają ukazane w swoiście łagodnej, by nie rzec „pogodnej” aurze barwnych planów. Prawie każdy obraz zdradza fascynację koloryzmem . Fascynację i – dodajmy natychmiast – warsztatową biegłość. Ta sfera, obok figuratywnych i dających się literacko interpretować treści stanowi tu swoistą „opowieść równoległą”. Panują w niej wyraziste, nieraz oparte na kontraście i kontrapunktach, ale emanujące harmonią emocje pozytywne. Nie przypadkowo w tekstach poświęconych temu malarstwu pojawiają się zdania o jego dekoracyjnych walorach. Istotnie. Giętkość miękkich linii, muzyczny wręcz rytm przenikań konturu, gra barwnych plam, wszystko to może z powodzeniem sycić gusta i potrzeby nakierowane na „pozytywne emocje”. Jednakże głębsze wniknięcie w świat przedstawiony Anny Lupy-Suchy ujawnia zamysł znacznie bardziej ambitny i finezyjny.
Przyjrzyjmy się raz jeszcze, jak ten tajemny korowód postaci, ich pełni i ich strzępów, ich tańca i ich znieruchomień, ich „jest” i ich „nie ma” tworzy rejon międzyludzkiej tragikomedii. Ulotności sytuacji. Chwilowości form. Przeświadczeń, kształtów, emocji. Wszyscy ze sobą splatani, przenikający się, „sobą nawzajem stwarzani” i z siebie „wynikający”, ale perzcież o s o b n i ! Tu każdy jakby zapada się w swoją prywatną czeluść, wpatruje „do wewnątrz”, trwa w pojedynczej i tragicznej próżni.
A przecież błędne koło kreci się płynnie i bez przerwy. Malarka ukazuje na niektórych obrazach kadry tego tańca, coś jak nagłe znieruchomienie w pędzie, ale to tylko moment, stop-klatka żywiołu, który nigdy się nie zatrzyma. Jakże łatwo wpaść przy tego typu egzystencjalnych założeniach w patos. A jeszcze łatwiej w celebrację złowieszczych intuicji. Ton napuszonej anty-estetyki i turpistycznych symboli.
W przypadku interesującego nas tutaj malarstwa owe pułapki zostały szczęśliwie ominięte.
Pogodna, „estetyzująca”, dekoracyjna aura skutecznie kontruje możliwość górnolotnych deklaracji czy odczytań . To jest świat p o m i ę d z y. Pomiędzy ekstatyczną radością i rozpaczą. Erotyką (ten wątek omawianego malarstwa zasługiwałby na osobne omówienie!) i rozkładem. Wiarą i przeczuwaniem iluzji.
Maciej M. Szczawiński
czerwiec 2013
