Wśród katowickich grafików (pod względem tradycji artystyczne mocarstwo!) prace Weroniki Siupki rozpoznajemy natychmiast. Najpierw kalejdoskop miejsc. Znanych, charakterystycznych, wyrazistych. Są jak emblematy śląskiego pejzażu i mitu: szyby kopalń, wieże ciśnień, wnętrza zastygłych w bezruchu fabrycznych hal, bramy starych kamienic. Od razu rodzi się pytania „Po co?” i „Dlaczego?”. Przecież ani to piękne, ani szczególnie odkrywcze... A poza tym można by przecież sfotografować i po krzyku. Tu właśnie, dokładnie w chwili budzenia się tego typu wątpliwości wybucha z całym impetem oryginalność.
Katowicka artystka (rocznik 1977) nie dokumentuje odchodzących w niepamięć, podległych erozji postindustrialnych „ostańców”. Nie o wierność techniczną tu chodzi, nie o realny kontur. Bo chociaż wielu oglądających te prace bez wahania potrafi powiedzieć : „O! to słynny Uthemann, to wieża w Dąbrówce, a to chyba brama przy Mariackiej w Katowicach” to przecież prawie natychmiast rodzi się jeszcze inna refleksja. Jakże pięknie wyraził jej sedno ks. Jerzy Szymik pisząc: „Prace Weroniki są stykiem tego co realistyczne, z tym co nadrealne, prowadzą w stronę czegoś więcej, w stronę tego, co krytyka literacka nazwała magicznością. To wcale nie tak częsta cecha prac artystycznych, owa synteza materialnego z duchowym”. Chciałoby się zawołać – nie tylko dlatego, że pisał ksiądz - „święte słowa!”.
Dzisiaj, kiedy tak mocno jesteśmy znużeni konceptami i sposobami w sztuce, która ani ziębi ani grzeje nawet ludzi duchowo wrażliwych, Weronika Siupka wprowadza ton wiarygodny i sprawdzalny. Jej perfekcyjny warsztat, maestria akwatinty i akwaforty to po prostu znakomita i rzetelna robota. To na niej nadbudowuje się mit, metafora i wspomniana magia. Patrzący smakując szczerość (bez żadnych cudzysłowów) otrzymują zarazem ważny dla każdej sztuki kontekst. Jak zauważyła kiedyś Justyna Lauer nie sposób w końcu powiedzieć na ile te obrazy wypływają z rzeczywistości, na ile są jej kontynuacją, a na ile ją zmieniają.
Autor: Maciej Szczawiński
