O bluesie, pisaniu piosenek i prawdzie...

fot. z archiwum Bartka Gruchlika

“Blues jest jak gleba, z której wyrasta piękne drzewo, ale mało kto zwraca uwagę na to, co pod ziemią, na korzenie. To reszta drzewa przyciaga całą uwagę.” – z Keb’em Mo’, trzykrotnym laureatem nagrody Grammy, gwiazdą 33. Rawa Blues Festival, rozmawiał Bartek Gruchlik.


Z okazji 33. Rawa Blues Festival do Polski po raz pierwszy przyjechał amerykański muzyk - Keb’ Mo’. Wizyta artysty zbiegła się z jego 62. rocznicą urodzin.

Bartek Gruchlik: Kiedy narodził się Keb’ Mo’? Czy przemiana dokonała się z dnia na dzień?

Keb’ Mo’: Miałem 39 lat, grałem już od 19 lat, dopiero wtedy tak naprawdę, zdecydowałem się, że będę muzykiem, że nie będę robić nic innego. Postanowiłem, że nawet jeżeli się nie uda - nie ugnę się. Zdecydowałem, że zajmę się tylko muzyką. Właśnie wtedy uwolniłem się od strachu przed porażką.

Czy blues jest popularny w Stanach Zjednoczonych?

Nie, blues nigdy nie był znany szerokiej publiczności. Ale trzeba przyznać, że blues zawsze był bardzo wpływowy i ważny dla muzyków. Może kiedyś otarł się o masową znajomość, ale nie było to nic wielkiego. Chyba najbardziej znanym bluesmanem był Jimmy Reed, który wylansował kilka przebojów. Blues jest jak gleba, z której wyrasta piękne drzewo, ale mało kto zwraca uwagę na to, co pod ziemią, czyli na korzenie. To reszta drzewa przyciąga całą uwagę. Myślę, że blues nie potrzebuje popularności podobnie tak jak muzyka klasyczna, która będzie zawsze, a przecież Mozart nigdy nie pisał przebojów.

Z tego co wiem, nie uważasz się za muzyka bardzo popularnego, ale trzeba przyznać, że jesteś muzykiem wszechstronnym…

Wszystko to, co robię, ma związek z muzyką i robię tyle rzeczy z konieczności. Sam piszę swoje piosenki, ponieważ chcę, aby były one jak najlepsze. Nie jestem bardzo popularny, więc nie pisze dla mnie tekstów żaden zawodowiec, bo gdybym ja je zaśpiewam, to on by nie zarobił tyle, gdyby napisał tekst dla jakiejś wielkiej gwiazdy. Podobnie jest z produkcją. Produkuję swoje płyty na własną rękę, ponieważ chcę, aby brzmiały we właściwy sposób, a na znanego producenta nie pozwala mi mój budżet.

A co jest dla Ciebie najtrudniejsze?

Najtrudniejsze jest śpiewanie. Musiałem się zmuszać, aby nauczyć się śpiewać. Pewnie dlatego niespecjalnie to lubię. Dorastałem w kościele baptystów, gdzie byli niesamowici śpiewacy. Trzeba przyznać, że ustawili mi poprzeczkę bardzo wysoko. Każdy śpiewał jak Aretha Franklin. Niestety, nigdy nie potrafiłem tak śpiewać. Myślę o sobie raczej jako o interpretatorze, a nie jako o wokaliście. Pavarotii, Charlie Wilson, B.B. King, Taj Mahal, John Lee Hooker to wielcy śpiewacy - nie ja.

Wystąpisz na bluesowym festiwalu, ale chyba nie uważasz się za artystę bluesowego?

Nie, nie jestem uważany za artystę typowo bluesowego. Jestem przede wszystkim piosenkopisażem, a bluesa postrzegam jako źródło prawdy. W bluesie szukam potwierdzenia czy coś jest prawdziwe czy też nie.

Mówisz, że przede wszystkim zajmujesz się pisaniem piosenki, powiedz, co Twoim zdaniem czyni piosenkę dobrą?

Na dobrą piosenkę składa się kilka elementów - tekst i muzyka na poziomie technicznym. Dla mnie piosenka musi być przede wszystkim prawdziwa. Forma piosenki, ilość zwrotek, refrenów to sprawy drugorzędne. Kiedy już wiesz co chcesz przekazać, możesz zacząć się zastanawiać na tym jak chcesz to powiedzieć. Przykładowo można zaśpiewać “Poszedłem do sklepu” albo “Do sklepu poszedłem”. Tekst musi posiadać rytm, wtedy tekst staje się muzyką. Na koniec przychodzi czas na melodię, która musi pasować do Twoich emocji.

Pisanie piosenek to chyba bardzo skomplikowany proces…

Nie, pisanie piosenek to zabawa. To jak układanie puzzli, musisz poskładać elementy tak, aby do siebie pasowały. Wspomniałeś o prawdzie w piosenkach, gdzie jej szukasz? Prawdę staram się znaleźć w swoim życiu albo gdzieś obok. Jeżeli chodzi o coś, co dotyczy bezpośrednio mnie, to łatwiej zapamiętać słowa. Prawdę łatwo zapamiętać, a kłamstwa szybko zapominam.