Bieda ma zapach gotowanych ziemniaków i wilgotnej piwnicy...

Bieda ma zapach gotowanych ziemniaków i wilgotnej piwnicy...

Idealny klient parabanku? Emeryt i rencista. Spłaca raty, a jak nie to komornik ma co mu zająć. Pracownicy takich firm są szkoleni w manipulowaniu ludźmi. Sami też przechodzą pranie mózgów.

 * * *

Parabanki pożyczające pieniądze poza systemem bankowym są przez niektórych naiwnie odbierane jak zbawienie. Szybkie pieniądze. Bez zaświadczeń o zarobkach, zatrudnieniu. Tylko na dowód osobisty, w kwadrans. Jak to wygląda naprawdę? Ile kosztują takie pieniądze? O tym Annie Dudzińskiej, reportażystce z Radia Katowice opowiedział były pracownik jednej z takich firm. My staramy się dociec dlaczego państwo na to pozwala.

Pieniądze sprzedają się natychmiast

Przez trzy lata Jacek X. (dane zmienione) był kierownikiem zespołu w jednej z firm pożyczkowych. Wciągał ludzi do systemu. Doprowadzał do ruiny całe rodziny. Teraz zdradza kulisy tej pracy. Anonimowo. Bo boi się kłopotów i snów. Wraca w nich do dawnej pracy i do ludzi, których wciągnął w tę grę. Grę w której nie można niczego wygrać, za to stracić - wszystko. Jacek X. zaczyna swoją opowieść:

— Pieniądze sprzedają się natychmiast. Od razu. Wystarcza, że pojawia się informacja: "Pożyczki od 500 do 100 zł". Wystarczy takie ogłoszenie dać w gazecie i natychmiast dzwonią telefony. Osoba, która raz weźmie pożyczkę jest już w szponach tego systemu: przedstawicieli, kierowników. Naciągają. Nagabują. Nachodzą. No i taki człowiek, który potrzebuje pieniędzy lub jest trochę słabszy – bierze. Nikt nie zastanawia się, czy pan Kazio ma za co żyć. Pan Kazio ma zapłacić swoją ratę. Cel uświęca środki.

Jacek X. "utopił" w systemie mnóstwo osób. Ile dokładnie? Nie wie. Sto, dwieście? Może więcej. Przez trzy lata takiej pracy mogło się tego sporo nazbierać. Jak trafił do firmy pożyczkowej?

— Byłem bezrobotny. Doszło do sytuacji, kiedy naprawdę nie miałem z czego żyć. Pojawiło się ogłoszenie w prasie: "Przyjmiemy kierownika na stanowisko w firmie finansowej" — wspomina. Nie było go stać na wybrzydzanie. Zatrudnił się.

— Miałem pracę. Miałem pieniądze, służbowe auto. Nosiłem garnitur, wypastowane buty. Było pięknie. Tyle, że wchodziłem do mieszkań, w których ludzie nie mieli pieniędzy na nic. Na jedzenie, na energię elektryczną. Żyli bez prądu. Woda zamarznięta. Meble porąbane. Ale na ścianach wisiały jeszcze bardzo ładne obrazy. Myślałem: Hm… może byśmy te obrazy zabrali? — opowiada.

To jest system, z którego po prostu nie da się wyjść

Jako kierownik miał pod sobą dwunastu przedstawicieli. Oni poszukiwali klientów na pożyczki. Opiekował się niemal tysiącem klientów.

— 60 procent z nich w ogóle nie spłacało pożyczek. A ja miałem "cel". To 90-95 proc. spłaconych rat. Trzeba było zebrać tę kasę. Szukaliśmy klienta, który ma niespłaconą pożyczkę. Nie wpłacił ani złotówki. Proponowaliśmy mu pożyczkę na pożyczkę. Rata to już nie było 70 zł, ale 170 zł — wylicza Jacek X.

Zdarzało się, że w jednej rodzinie takie pożyczki mieli wszyscy domownicy. Weszli w system, z którego nie byli w stanie wyjść, do końca życia.

— W takich gospodarstwach jakby się ktoś uparł to nawet pies może mieć pożyczkę. Taka pożyczka to nie jest ratunek. To jest gwóźdź w kolano — mówi X.

Najlepszym celem dla firm pożyczkowych są emeryci i renciści. To klienci stuprocentowi. Mający stałe źródło dochodu, które może zająć komornik. Najczęściej mieszkają w blokowiskach. Bywa, że wybudowanych przez zakład, który upadł. Ratują się jak mogą. A mogą... niewiele.

— Kiedy wchodzi się do takiego bloku czuć tam charakterystyczny zapach gotowanych ziemniaków i wilgoć z piwnicy. Tak właśnie pachnie bieda — opisuje Jacek X.

Na co ludzie pożyczają pieniądze? Najczęściej na przeżycie.

— Chociaż, niektórzy faktycznie, brali i przepijali. Nie mnie to oceniać. Ale wielu zadłuża się po to by przeżyć. Tylko, że bierze się 1000 zł, oddaje prawie 1900 zł. Trochę drogo — podkreśla X.

Nie ma litości, jest wyrok. Komornik bierze wszystko

Przypomina sobie rodzinę, pięć osób: dwoje rodziców i trzy córki. Każda z tych osób dostała dwa razy po 7 tysięcy. Stracili dom, całe gospodarstwo. Dług urósł do kuriozalnych rozmiarów.

— Komornik wszedł, położył łapę na wszystkim i temat zamknął. Ludzie poszli pod most. Nie ma litości. Jest wyrok sądu — mówi Jacek X.

Raz został zaatakowany przez klienta. Przyszedł porozmawiać o niespłacanym długu. Starsza kobieta chciała go uderzyć potężnym, metalowym tłuczkiem do mięsa.

— To był pierwszy moment, w którym zacząłem się zastanawiać właściwie co się dzieje. Potem przyszedł 23 grudnia, dzień przed świętami. Kobieta miała w portfelu ostatnie 200 zł, na święta. A ja jej te pieniądze zabrałem — wspomina.

Uznał, że to koniec. Oddał samochód, telefon. I nareszcie poczuł się świetnie.

— Wreszcie koniec topienia ludzi. I to mi się podobało. To był koniec mojej kariery w tych firmach. Przez trzy lata pracy wierzyłem, że robię dobrze. To nie było tak — mówi. Opowiada, że pracownicy firm pożyczkowych są szkoleni przez psychologów. Uczą się manipulowania ludźmi. Pranie mózgu przechodzą też przedstawiciele. Zaczynają wierzyć, że robią ludziom przysługę.

— Dlaczego regulamin firmy jest zrobiony czcionką, której nie da się przeczytać? Dlaczego umowa jest na jednej kartce, a nie na czterech-pięciu jak w banku. Dlaczego nikt nie zmusza klienta do przeczytania umowy? — pyta i dodaje — Umowy? Tego nikt nie czyta. Każdy widzi tylko te pieniądze. Są mu potrzebne. Na węgiel, czy na gorzołę, na energię elektryczną. To nie są wielkie pieniądze. To rząd wielkości 1000-1500 zł, 2000 zł. Ale na końcu dają kwotę dwa razy większą do spłaty. Ludzie to podpisują, bo życie przystawia im pistolet do głowy. Brak pracy, brak środków do życia — podkreśla X.

Parabanki rocznie pożyczają nam 4 miliardy

Firmy pożyczkowe, niemające nic wspólnego z bankami, rocznie udzielają nam drobnych pożyczek łącznie na sumę nawet 4 mld zł. Największym dla nich rynkiem są województwa śląskie, mazowieckie i pomorskie. Pożyczki te obarczone są jednak ogromnymi kosztami, sięgającymi nawet kilkuset procent w skali roku. Rząd chce uregulować ten rynek i utemperować apetyty firm parabankowych. Część z nich pewnie już wie, jak ominąć nowe prawo, więc zapłacą za to konsumenci. I to ci najmniej zamożni.

Oto szczegóły. Ministerstwo Finansów pracuje nad nowelizacją ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym. Zaproponowało podniesienie sankcji za nielegalne prowadzenie działalności bankowej, wprowadzenie rejestru firm pożyczkowych w resorcie gospodarki oraz progu kapitału zakładowego dla nich na poziomie 200 tys. zł. Resort finansów zaproponował również nakaz wymiany informacji o klientach między firmami pożyczkowymi i bankami, wprowadzenie limitów kosztów pożyczki.

Kto idzie po pożyczkę do firmy a nie do banku? Zwykle ten, kto nie ma zdolności kredytowej, a jest w trudnej sytuacji. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów prowadzi kilkadziesiąt postępowań wobec instytucji parabankowych i nakłada na nie kary za łamanie prawa w umowach z klientami. W grudniu na dwie spółki Pomocna Pożyczka (dawniej Skarbiec) oraz Baltic Money (ponad 500 tys. zł kar na obie firmy).

Nie ma wątpliwości, firmy pożyczkowe naciągają

Łukasz Piechowiak, analityk portalu bankier.pl nie ma wątpliwości, że parabanki nas zwyczajnie naciągają.

— Część firm pożyczkowych nadużywa naiwności klientów i nie tylko nierzetelnie informuje o wysokości całkowitego kosztu pożyczki, ale także nalicza zbyt wysokie opłaty za usługi, np. spłaty pożyczki w domu — ostrzega Piechowak w rozmowie z Dziennikiem Zachodnim i dodaje — Na rynku mamy bardzo mało solidnych firm pożyczkowych. Jego zdaniem parabanki w odróżnieniu od banków pożyczają własne pieniądze, dlatego ponoszą większe ryzyko.

— To uzasadnia wyższe oprocentowanie, ale nie daje przyzwolenia do oszukiwania klientów poprzez konstruowanie umów w taki sposób, by ukrywać w nich dodatkowe opłaty — mówi analityk bankier.pl.

Przynajmniej w teorii solidna firma pożyczkowa powinna zarabiać głównie na oprocentowaniu pożyczki. Jeżeli w bilansie większość przychodów pochodzi z kar i opłat, oznacza to, że na wstępie nastawiona jest do klienta negatywnie. Nie weryfikuje jego zdolności kredytowej, a co za tym idzie - świadomie wpływa na pogorszenie jego sytuacji finansowej. To właśnie dlatego klienci wpadają w pętlę zadłużenia.

Małgorzata Cieloch, rzeczniczka UOKiK radzi razie sporu z instytucją finansową zwrócić się po pomoc do miejskich lub powiatowych rzeczników konsumentów.

— Można też liczyć na wsparcie organizacji pozarządowych: Federacji Konsumentów, Stowarzyszenia Konsumentów Polskich. Bezpłatne porady udzielane są również pod numerem telefonu 800 007 707 — wylicza Cieloch.

Tymczasem Jacek X. prowadzi swoją firmę i zarzeka się, że więcej nie będzie pracować dla firm pożyczkowych.

— Nikt mną nie manipuluje używając słowa motywacja. To jest piękne. Może nie zarabiam już tak dużo, ale mam święty spokój. Dostałem ciężką lekcję. Dostałem po łbie. Więcej bym tego nie zrobił. Naprawdę — podkreśla.

Autor: Anna Dudzińska, Aldona Minorczyk-Cichy (Dziennik Zachodni)