O pocztówce z Woodstocku, wycieczkach muzycznych i nowej płycie

fot. www.marika.art.pl

"Lubię ciepło rzeczy, bliskość, serdeczność, organiczne brzmienia, takie jak szumiące pałeczki, którymi gra się na perkusji, albo szumiące instrumenty klawiszowe" – o pocztówce z Woodstocku, wycieczkach muzycznych i nowej płycie z pierwszą damą polskiego reggae – Mariką, rozmawiał Bartek Gruchlik.


Bartek Gruchlik: Zaproszenie do Radia Katowice przyjęła Marta Kosakowska, czyli Marika.

Marika: A czy to czasem nie było tak, że to ja się wprosiłam?

Myślę, że umówiliśmy się wspólnie na to spotkanie. A nawet gdyby było inaczej, to dobrze, że się wprosiłaś, ponieważ wreszcie jest okazja, żeby się spotkać w studiu radiowym po 11-latach Twojego występowania na scenie i porozmawiać.

No, już powoli robi się poważnie...

Czy często Ci się zdarza, że inni przedstawiają Cię jako młodą i zdolną artystkę?

Tak, zdarza się. Mimo, że w grudniu kończę 33 lata, to wciąż jestem opatrywana takimi przymiotnikami jak młoda i ładna. Bardzo mnie to cieszy.

Przymiotniki odpowiednie. Szkoda, że Państwo tego nie widzą...

Dzisiaj jednak jestem trochę zapłakana i jakby wzruszona, ponieważ nastała “miłościwie” nam panująca jesień. Szczerze mówiąc, średnio się z nią przyjaźnię. Lepiej czuję się latem. Stosunkowo niedawno wróciłam z bardzo gorących wakacji, które spędziłam w Portugalii i ciągle nie mogę się oswoić z polskim chłodem, ale chyba będę się musiała.

Wiem, że to co powiem będzie oczywiste, ale czeka Cię "trudne" pół roku...

Myślisz?

Niestety tak. Jeżeli zima zacznie się w listopadzie, to mamy "pozamiatane" do kwietnia. Czy to nie jest przypadkiem tak, że nie lubisz chłodu i dlatego zwróciłaś się w stronę "gorących" rytmów?

Nie lubię chłodu okrutnie, po prostu nie znoszę go. Czasami się śmieję, że wolę jakiś taki niezbyt "kontrolowany" ból od zimna. Gdybyśmy przenieśli to na sferę zawodową, to faktycznie jest też tak, że nie lubię "zimnej" muzyki — elektronicznie zimnej albo też emocjonalnie zimnej, wychłodzonej. Za to lubię ciepło rzeczy, bliskość, serdeczność, organiczne brzmienia, takie jak szumiące pałeczki, którymi gra się na perkusji, albo szumiące instrumenty klawiszowe. Szczerze mówiąc zdecydowanie bardziej wolę gitarę akustyczną od elektrycznej.

Jak zaczęła się Twoja przygoda ze śpiewaniem?

Pamiętam, że wysłałam kiedyś mamie i tacie pocztówkę z wakacji, a dokładnie z Woodstocku. Pocztówka była dość wyjątkowa, bo wypuszczona z okazji konkretnej edycji festiwalu. Rok wcześniej, kiedy miałam może 16-17 lat zrobiono mi zdjęcie podczas poprzedniej edycji Woodstocku. Rok później wykorzystano to zdjęcie na wspomnianej wcześniej pocztówce. Wtedy nie byłam jeszcze Mariką, tylko Martą z Łomży, która wysłała swoim rodzicom kartkę z pozdrowieniami i adnotacją “Proszę zwróćcie uwagę na to, co się dzieje na tej pocztówce” . Na pocztówce siedzę z chłopakiem grającym na gitarze, w którym się wtedy trochę podkochiwałam. Wprawdzie już wtedy coś sobie podśpiewywałam, ale do głowy by mi wtedy nie przyszło, że to będzie coś poważnego i że z tego zrobi się życie. Ale faktycznie, chyba moje śpiewanie zaczęło się od włóczenia się i takiego "ogniskowego" śpiewania. Choć jeśli cofniesz się w kierunku mojego dzieciństwa, to byłam uczennicą państwowej szkoły muzycznej.

Do której klasy chodziłaś?

Byłam w klasie fortepianu. Miałam 6 albo 7 lat i byłam bardzo pobudliwym, żeby nie powiedzieć - nadpobudliwym dzieckiem. Ale w pewnym momencie nie wytrzymałam, zabrakło mi po prostu jakiejś skrupulatności i wytrwałości. Potem miałam trochę żalu do rodziców, że mnie nie zmusili, abym w tej szkole została. Jednak teraz z perspektywy czasu myślę, że bardzo dobrze się stało, bo nie wiem czy robiłabym to, co robię i czy podchodziłabym z takim rodzajem "bezczelności prostaczka" do muzyki, niż gdybym była wykształcona. Być może śpiewałabym w chórkach u którejś ze swoich koleżanek albo czegoś bym uczyła. Nie wiem czy wiesz o czym mówię — czasami lepiej widzieć mniej.

Różnie się mogło potoczyć, a wtedy ma się inne podejście do tego, bo nie masz pewnych uprzedzeń...

Tak, nie masz wiedzy akademickiej, która sprawia, że masz świadomość tego, czego nie należy, nie powinno się robić. Po prostu włazisz we wszystkie dziury, bo nie wiesz, że nie powinieneś tego robić.

Dosyć powszechnie mówi się, że jesteś pierwszą damą polskiego reggae. To chyba miłe?

To jest bardzo miłe i bardzo nobilitujące. Może ten przydomek wynika z tego, że jestem najbardziej widoczna?

A może chodzi o to, że jest mało kobiet w tej działce muzycznej?

Tak, to prawda. Jest niewiele dziewczyn, które lubią reggae i grają je, ale jednak są. Ja jestem wśród nich chyba najbardziej widoczna. Jakoś udało mi się wdrapać na najwyższą skrzynkę po pomidorkach i powiedzieć "Hej, hej, tu jestem i mam coś do powiedzenia". W świadomości występuje gdzieś taka łatka, która się do mnie przyczepiła, że "to jest ta dziewczyna w warkoczykach od reggae".

Jestem konsekwentna od początku. Jakkolwiek moja twórczość nie jest hybrydowa. Czasem pozwalam sobie na wycieczki w różnych kierunkach, przykładem niech będzie płyta akustyczna "Live Sessions" . Mimo wszystko jest gdzieś ten "reggae’owy korzeń", który kocham.

Czy Ty się czujesz artystką mainstreamową? Widziałem Cię w różnych okolicznościach przyrody - w Opolu i na Oper´erze. Wszędzie pasowałaś bardzo dobrze.

Bardzo mi miło to słyszeć. Od kiedy podjęłam współpracę z telewizją publiczną, czuję się bardziej mainstreamowa. Przypomnijmy, że pracujesz w programie Voice of Poland i jesteś jednym z gospodarzy. Tak, jestem gospodarzem razem z Tomkiem Kammelem i Maćkiem Musiałem. Jestem trochę gadającą głową. Na szczęście producenci wiedzą, czym się w życiu zajmuję i co kocham najbardziej, dlatego zachęcają mnie do tego, żebym była wokalistką w tym programie. Ale oczywiście nie staję w szranki z uczestnikami programu, ani nie odbieram chleba trenerom. Myślę sobie, że od kiedy to już się wydarzyło, nie ma się już co czarować, że jestem podziemną artystką, ponieważ to już trochę nie ma powrotu.

Telewizja na bok, ale w sumie to miło słyszeć, że to trochę pomaga...

Tak, jest to coś, co pomaga. Chociaż z drugiej strony jest tak, że czuję się muzycznie wciąż niemainstreamowa, w tym znaczeniu, że nie zmieniłam swojej twórczości obliczając ją teraz na jakiś moment popularności, który złapię za nogi i będę trzymała oraz wykorzystam go. Nie zamierzam pisać prostszych piosenek, które polecą w komercyjnych stacjach radiowych. W tym zakresie wydaje mi się, że zrobiłam krok jeszcze w bardziej wymagającemu, dojrzałemu graniu a nie popowemu.

Powiedz coś o swoim zespole. Z kim nagrałaś płytę "Live Sessions"?

To są bardzo piękne nazwiska - Kraśniewski, Markuszewski, Przybyła i Nowicki. Nowicki to Krzyś zwany też UFO, który jest gitarzystą. Michał Przybyła, zwany Miśkiem, jest basistą. Jurek Markuszewski to mój bębniarz i kierownik muzyczny. Patryk Kraśniewski (Patison) gra na klawiszach. To są muzycy z bardzo różnymi doświadczeniami. Jedni kochają bluesa, inni kochają jazz i reggae. Wszystkich nas połączyła miłość do klarownego, prostego grania, ale nie prostackiego. Jasny, prostolinijny kontakt z publicznością, to główna idea, która przyświecała nam podczas tworzenia tej płyty.

Po co nagraliście płytę "Live Sessions"?

Płytę Live Session nagraliśmy dlatego, że lubimy i potrafimy obstawić się elektroniką, zrobić bogate harmonie wokalne, potrafimy szaleć na koncertach i skakać w tłum itd. Wydaje mi się, że w ogóle w życiu człowieka i artysty też wszystko płynie tak sinusoidalnie. Po okresie fascynacji tym, ile można zrobić, ile można tych elementów układanki ułożyć i jak skomplikowane puzzle, jest taki głód prostoty - dać tylko 3 smaki i to wystarczy. Wymyśliliśmy, że całkowicie wyrzucamy elektronikę. W tym projekcie ograniczamy się do minimum liczbowego, jeśli chodzi o skład i do takiego prostego przekazu i wyrazu, że dziewczyna śpiewa i mówi pojedynczym głosem, a jak ona nie śpiewa, tylko ustępuje pola muzykom, to muzyk wypowiada się również w swoim zakresie i swoim "głosem" za pomocą swojego instrumentu.

I taka jest ta plyta Live Sessions. Przykładowo piosenka "Moje serce" brzmi znakomicie.

"Moje serce" to piosenka, która pochodziła z mojej pierwszej płyty, kiedy, moim zdaniem nie umiałam za bardzo śpiewać. Wprawdzie to bardzo ładna piosenka, ale teraz wydaje mi się, że lepiej potrafię ją zaśpiewać. Poza tym nagrywałam ją 5 może nawet 7 lat temu, kiedy się jeszcze nie "nażyłam", nie byłam tą kobietą, którą teraz jestem i nie kochałam, wtedy jak kocham teraz.