O miłości, spektakularnych koncertach i śpiewaniu w kościele

fot. z archiwum Bartka Gruchlika

“Pojęcie miłości jest wieczne ciągle się zmienia i rozkwita. Czuję, że gdyby moje serce przestało kochać, to chyba bym umarł. Szczególnie jako muzyk, osoba twórcza, muszę w sobie pielęgnować pasję i myśleć o miłości jako o swoistej drodze.” - o miłości, spektakularnych koncertach i początkach kariery z BILAL-em rozmawiał Bartek Gruchlik.


Bartek Gruchlik: Jednym z koncertów otwarcia XXII edycji festiwalu Ars Cameralis był koncert BILAL-a. Artystę porównuje się do Prince’a, ale on wymyka się jakiemukolwiek szufladkowaniu, co udowodnił na scenie katowickiego klubu Jazz Hipnoza. Po koncercie miałem okazję porozmawiać z artystą, dla którego była to pierwsza wizyta w Polsce i drugi po warszawskim koncert.

O czym myślałeś wychodząc na scenę?

BILAL: Nie wiem. Zwykle wychodząc na scenę staram się przenieść do innego świata, w którym nie myślę, tylko działam.

A co myślałeś schodząc ze sceny?

Pomyślałem sobie “Co się stało?”. Celem mojego zespołu jest to, aby nasz koncert był po prostu spektakularny. Cały koncert mojej muzyki polega na sięganiu jak najszerzej. Moje koncerty są też z pewnością formą ucieczki od rzeczywistości dla słuchaczy. Jedynym sposobem, żeby im taką ucieczkę zapewnić, to świadomość, że trzeba ją najpierw dokonać samemu. Muszę sam dawać przykład.

Jaki jest temat Twojej nowej płyty “A Love Surreal”?

Miłość. Pojęcie miłości jest wieczne ciągle się zmienia i rozkwita. Czuję, że gdyby moje serce przestało kochać, to chyba bym umarł. Szczególnie jako muzyk, osoba twórcza muszę w sobie pielęgnować pasję i myśleć o miłości jako o swoistej drodze. Muszę kochać tę drogę. Inaczej miłość staje się banalna jak często myśli większość ludzi mówiąc o niej w prostej sytuacji “Kocham Cię dziewczyno, czy pokochasz mnie dziś?”.

Słuchając Twoich piosenek zastanawiam się czy jesteś raczej optymistą czy pesymistą?

Jestem i tym i tym. To dziwne, ale staram się nie myśleć za dużo, a gdy łapię się na przesadnym analizowaniu rzeczywistości, to czuję się z tym źle. Staram się działać instynktownie. Rodzimy się ze wszystkim, czego potrzebujemy, a później uczą nas, żeby tego zapomnieć. … aby zapomnieć samych siebie.

Znany jesteś z wielu muzycznych kolaboracji. Nagrywałeś m.in. z The Roots, Jay-Z, Erykahą Badu. Czy częste pytania o współpracę z innymi artystami Cię denerwują?

Sam nie wiem. Nie planowałem pracy z żadnym z tych artystów, to zdarzyło się trochę przez przypadek. Po prostu jestem otwarty na propozycje i ciągle w gotowości.

Patrząc na Twoją karierę, znajdziemy w niej jeden bardzo ciekawy epizod - niewydaną płytę. Ponoć myślałeś nawet o zakończeniu kariery. Czy masz jakąś radę dla twórców, którzy próbują znaleźć miejsce w tej jakże niełatwej branży?

Przede wszystkim nie można się poddawać. Wiem, że ja tego nie robię dla pieniędzy. Śpiewam odkąd jako 3-latek zacząłem występować przed ludźmi. To po prostu ja. Tworzenie muzyki jest dla mnie jak oddychanie.

Dodajmy, że Twój pierwszy występ miał miejsce w kościele. Czy Twoim zdaniem każdy wokalista powinien zaczynać tak jak Ty?

Nie... ale każdy ma duszę. Każdy musi opowiedzieć swoją historię i ona musi być pozytywna, aby podnieść słuchaczy na duchu.

Ostatnie pytanie. Mieszkasz w Nowym Jorku, czy mógłbyś opisać brzmienie tego miasta?

Nie, ponieważ Nowy Jork jest po prostu bardzo duży i bardzo dużo się dzieje wokoło. Jestem domatorem, więc kiedy nie jestem w trasie raczej nie wychodzę z domu. Oczywiście słyszę co nieco, bo w tym mieście zawsze dzieje się coś ciekawego. Przykładowo w Williamsburgu w Brooklynie jest scena indie rockowa, także w Soho. Harlem jak wiadomo zawsze słynął z jazzu. Myślę, że tylko trzeba wiedzieć jak szukać.