Stochomania. Historia czy zjawisko?

Data: 11-01-2018

thumbnail
fot. pzn.pl

Kamil Stoch udowadnia nam po raz kolejny, że można na niego liczyć cały czas, a nie tylko od święta. Jego stabilna, wysoka forma pozwala snuć przypuszczenia, czy to, co obecnie oglądamy, jest wracającym do nas echem słynnej „małyszomanii”? Być może powinniśmy już to nazywać "stochomanią"?

Jest rok 1999. 12-letni wówczas Stoch udziela wywiadu, w którym opowiada o tym, jak to było pierwszy raz skoczyć na Wielkiej Krokwi. Dzieli się także swoimi marzeniami, by wystartować kiedyś na Olimpiadzie i wrócić zeń ze złotym medalem. Po latach te słowa okazują się prorocze.

Nowe millenium przynosi niespotykaną do tej pory falę sukcesów polskiego skoczka. Mowa tu, rzecz jasna, o Adamie Małyszu. Pasmo sukcesów przeradza się w coraz większe zainteresowanie i zaangażowanie kibiców. Zbierają się oni przed telewizorami, by bacznie śledzić poczynania naszego rodaka. Wiele z tych osób symbolicznie "dmucha pod narty", by Małysz leciał jak najdalej. Ten okres polskiej historii skoków narciarskich, owiany sławą i legendą, nazywamy "małyszomanią". Trwa on w zasadzie do czasu benefisu Małysza na początku 2011 roku.

Nastaje rok 2014. To wtedy Zimowe Igrzyska Olimpijskie odbywają się w Soczi. Polska kadra pokłada nadzieje w 26-letnim skoczku pochodzącym z Zakopanego. Nadzieje, które podtrzymywane są między innymi trwającą legendą Małysza. Wtedy właśnie Kamil Stoch pokonuje konkurentów w obu konkurencjach, na normalnej i dużej skoczni. Wraca do domu z dwoma złotymi, olimpijskimi medalami. Polacy po raz kolejny mają swojego reprezentanta, który walczy o najwyższe cele. Wtedy po raz pierwszy zaobserwować można coś, co później może eskalować w zjawisko „stochomanii”.

66. Turniej Czterech Skoczni rozpoczyna się 30 grudnia 2017 roku na skoczni w Oberstdorfie. Po awansowaniu do finału i oddaniu 126-metrowego skoku Kamil Stoch zostaje zwycięzcą. Nikt jeszcze wtedy nie przypuszcza, że wygra także trzy następne zawody w ramach Turnieju Czterech Skoczni. Wyczyn ten, który wyrównuje rekord Svena Hannawalda, jest dowodem na to, że Stoch uwolnił się od presji mediów, które swego czasu nazywały go „następcą Małysza”.

Rosnąca liczba fanów polskiego skoczka bez wątpienia spowodowana jest jego skromnością i wolą walki, która przeradza się w osiąganie coraz to lepszej formy i zdobywanie wszelkich tytułów. Pomimo tego, że skoki praktycznie od zawsze cieszą się niesłabnącą popularnością wśród miłośników sportu, można śmiało stwierdzić, że nastroje i chęci do kibicowania przybierają coraz większe rozmiary wraz z osiąganiem sukcesów naszych rodaków, na zasadzie kuli śniegowej.

Z przekonaniem jednak musimy przyznać, że przyjemnie jest patrzeć, jak marzenia młodego chłopaka z Zakopanego spełniają się i budzą w Polakach chęć do uprawiania sportu i kibicowania. Czy mamy już do czynienia z wyklarowanym zjawiskiem „stochomanii”? Cóż – zweryfikuje to z pewnością czas i najbliższe Igrzyska Olimpijskie.

Oby za kilka lat jego „stochomania” była równie legendarna i ciepło wspominana, co „małyszomania”.

Autor: Piotr Grzesiak/mm/

 


Zobacz podobne




Wiadomości sportowe